Apokaliptyczny widok

Wczoraj wypadła mi nieoczekiwana wycieczka do Kołobrzegu. Sławek miał służbowy wyjazd, więc zabrał mnie na przejażdżkę.

Kołobrzeg znam dość dobrze, bo, jak wiecie, do niedawna mieszkałam w Zachodniopomorskiem, więc tamtejsze okolice zwiedziłam w miarę dokładnie. Miałam na to równiutko czterdzieści lat.

Dlaczego o tym piszę? Przejeżdżaliśmy koło Chojnic, o których ostatnio było bardzo głośno w związku z nawałnicą, która przeszła przez Polskę. Widziałam zdjęcia w telewizji. Jedna z blogerek na FB pisała o zniszczeniach w jej rejonach. Podała numer konta gminy, bo oczywiście wszelka pomoc była wskazana. Wpłaciłam tyle, ile mogłam. Bardzo współczułam mieszkańcom tych terenów, ale przyznam, że do końca nie zdawałam sobie sprawy z ogromu zniszczeń. Nie umiałam sobie wyobrazić tysięcy hektarów lasów położonych przez nawałnicę.

Kiedy jechaliśmy drogą, wzdłuż której drzewa połamane były niczym zapałki, oniemiałam. Naprawdę brakło mi słów do opisania tego, co widziałam. Lasy zmienione zostały w wielkie pobojowiska. Skóra ścierpła na ten widok. Tam ciągle wszystko wygląda przerażająco. Niektóre domy są wciąż bez dachów, nakryte foliami czy jakimiś plandekami. Widok iście apokaliptyczny.

Milczeliśmy ze Sławkiem. Przerażenie było zbyt duże. Zrobiłam kilka zdjęć z samochodu, by zapamiętać ten widok. To uczy pokory. Człowiek niszczy przyrodę, dewastuje Ziemię, nie zawsze zdając sobie sprawę ze skutków tego, co robi. A natura Więcej >

Oswajanie siebie

Słońce i lato zawsze mnie pod koniec sezonu przyprawiają o dreszcze. Nie wiem, czy to normalna reakcja, ale przerażają mnie ciemne plamy od słońca. Przybywa ich co roku. I nieważne, czy smaruję gębę kremami z filtrami czy nie, to i tak zawsze jakaś nowa się pojawi. Brrr. Czasami mam ochotę użyć wybielacza. I kiedy tak jęczę i stękam Sławkowi, że znów mam gębę piegowatą, on dodaje z beztroską w głosie:

− Czas się z nią oswoić.

− Łatwo powiedzieć – mruczę i znów patrzę z przerażeniem w lustro, ale gdzieś te słowa Sławka we łbie zostają. No durny czerep, jak nic. Myślę sobie jednak, że tak oswajałam się z wieloma rzeczami. Pierwsze były kręcone włosy. Nie pomagało żelazko. Próbowałam też wałków, na zasadzie jak nie kijem to młotkiem. Wydawało mi się, że jak je zakręcę w drugą stronę, to się rozprostują. Proste nie? Ale nieskuteczne. Wreszcie kiedy wymyślono prostownicę, poszłam do fryzjerki. Wyprostowała mnie jakbym wyszła spod magla (z krochmaleniem włącznie). Dumna byłam jak paw. Co prawda w szkole nie szło poprowadzić lekcji, bo dzieciaki tylko pytały o włosy, ale cudne uczucie. Fajnie jednak było do momentu, gdy nie zobaczyłam siebie na zdjęciu. Wtedy z pokorą trzeba było stwierdzić, że natura wie, Więcej >