W weekend wzięliśmy ze Sławkiem udział w grze miejskiej Książka GO! organizowanej przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę w Gdańsku. To jedna z tych imprez, którą wpisaliśmy sobie do kalendarza na stałe.

Zabawa rewelacyjna. Za każdym razem robimy około 10 km po mieście, buszujemy w krzakach, kopiemy na plaży czy wchodzimy do bunkrów (na przykład zakłócając mir koczujących tam panów).

W tej edycji niestety nie znaleźliśmy żadnej książki, choć byliśmy bardzo blisko. Nerwy też były, szczególnie mojego męża. Okazuje się, że czasami się denerwuje. Przeczytałam mu wskazówkę do jednej książki i się przejęzyczyłam, zamiast próg odczytałam róg, szukaliśmy więc gdzie indziej. Kiedy się poprawiłam, mój mąż prawie mnie nie rozszarpał (tak, ten spokojny Sławuś) i pędziliśmy zaraz w inne miejsce. Oczywiście chichraliśmy się, bo absurdalna sytuacja. Jak można się zdenerwować z powodu jednego przejęzyczenia? Czuliśmy się świetnie, biegnąc przez park, by dopaść plaży, a tam potem iść wzdłuż betonowego murku i rozgrzebywać piach. Dla osób niewtajemniczonych, obserwujących nas z leżaków, musiało to wyglądać zabawnie. Dwoje podstarzałych (ale tylko lekko) wariatów z obłędem w oczach, krzyczących do siebie coś o betonowym rogu i progu. Około pięciu godzin biegaliśmy w poszukiwaniu książki! Może nawet byliśmy najstarszymi uczestnikami, bo wszędzie na szlaku spotykaliśmy samych młodych ludzi.

Dotarliśmy Więcej >