Nie! Nie! Nie!

Taki bunt się we mnie odezwał. Wczoraj miałam trochę więcej czasu, w ogóle weekend był (o, dziwo!) luźniejszy. Tylko że taka większa ilość czasu poskutkowała frustracją i załamaniem. Spojrzałam w lustro. Tak! W dodatku po kąpieli naciągnęłam na siebie luźne spodnie, które mi tak lekko zwisły pod brzuchem. I tu nastąpił szok, zawał serca, a potem długo musiałam się reanimować. W zasadzie do tej pory chyba jeszcze mam ten obraz przed oczyma. I wierzcie mi, to może być całkiem niezła scena do horroru.

I postanowiłam. Od teraz, od tej sekundy zero słodyczy i zero chleba. Koniec. Schluss, skończyło się. Czas zrobić sobie detoks, bo inaczej lustro mnie niedługo nie obejmie.

Ja wiem, że podczas ważenia, to zawsze gacie z betonu… Kiepska wymówka. Ciężkie plomby w zębach… odpadają. Nie pomogło też naklejanie na wyświetlacz zafałszowanego wyniku. Tak, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu. Każdy ostatni odczyt wagi był sfałszowany. Niestety na lustro nie dało się nic nakleić, chyba że zdjęcie wieloryba albo morświna. Wtedy jednak zawał byłby tak skuteczny, że żadna reanimacja by nie pomogła.

Ale wiadomo, że człowiekowi zawsze wiatr w oczy. Niedługo po moim postanowieniu, że zero cukru, poszłam robić Babci kolację. Ona zawsze słodzi herbatę, więc wrzuciłam jej Więcej >