Oszaleję. Ogłaszam to wszem i wobec. Szaleństwo już zagląda mi w oczy, zaraz za nim pcha się obłęd i pomieszanie zmysłów. A za nimi to już nawet nie chcę wiedzieć, coo się ciśnie w kolejce.

Jestem mamą. To wszyscy wiedzą. „Dorobiłam się” jednego Jaja. Jednego. Było najpierw takie malutkie jak okruszek, potem kiedy wylazło na świat, to okazało się, że długie, długaśnie, bo aż 61 cm. Zapowiadało się, że koszykarka mi wyrośnie, ale ja siłą perswazji wymusiłam, by tylko nie było wyższe od mamy (zaklinałam rzeczywistość). I nie jest. Mam więc 165 cm Jaja. Niby dużo, ale i niezbyt dużo. A ile takie 165 cm może matkę nastresować? Oj! Bardzo duuuużo.

Pojechało to moje Jajo na studia do wielkiego miasta. Ledwo święta się skończyły i fruuu. Razem oczywiście ze swoim amerykańskim przyjacielem. Pojechali, a trzy dni później w nocy: „Mamo, ratuj”. Grypa! Masakra. I co ma robić matka 500 kilometrów dalej? Jak to co? Włos rwać z głowy. A wyobraźnia działa! I jak mi dziecko mówi, że chłopak ma czterdzieści stopni gorączki, a ono o pierwszej w nocy wyrusza w miasto w poszukiwaniu apteki, toż serce w plasterki się kraje, a strach w oczy zagląda. Oczywiście w duchu przyznaję, że dobrze to Więcej >