U nas powoli robi się świątecznie. W sobotę na kominku zawisły skarpety, żeby Mikołaj miał w co pakować prezenty. I taka podekscytowana, że jutro przyjdzie i zostawi niespodziankę, zasnęłam w najlepsze. Wiadomo, że Mikołaj łazi po nocy, więc czujnym trza było być, a nie chrapać!

I kiedy tak sobie w najlepsze wciągam, słyszę renifery! I dzwoneczki u sań! Brakuje tylko „Ho, ho, ho”. No, ale może jest, tylko ze snu wyrwana nie słyszę. Zrywam się więc z łóżka. Jedna noga, druga. Kapcie. Prawie zabijam się, potykając o własne nogi, bo ciemno, jak w… wiadomo gdzie. Staram się w dodatku wszystko robić bezszelestnie, by świętego nie spłoszyć. I ciągle słyszę „dzyń, dzyń”. Jakby stał pod drzwiami i dzwoneczkami pobrzękiwał. Ha! Złapię go na gorącym uczynku! Worek prezentów skubnę! Może nie był jeszcze u sąsiadów, więc ich podarki też przejmę.

Pędzę. Biorę zakręt. Uderzam się o kant łóżka. Kopię niechcący w szafkę. Wreszcie dopadam drzwi. Tutaj kilka wdechów i wydechów. (Pamiętacie, że z powietrzem żyje się łatwiej?) I wtedy delikatnie naciskam na klamkę drzwi. Uchylam pomalutku. I co? I… nico! Mikołaja brak. Spoglądam w dół, bo może jakaś miniaturka mi się trafiła, przecież nie mam co udawać, że byłam grzeczna w tym roku. A Więcej >