Donoszę, że w państwie Sakowiczów ciągle się dzieje źle. Donoszę również, a na świadka biorę moją koleżankę Ewę, która spędziła u nas cały weekend, że mój mąż Sławomir szykuje na mnie zamach. Plan miał niecny.

Nie widziałam nic podejrzanego, kiedy zawieszał na naszym domu budki lęgowe. Najpierw pojawiły się dwie – na sikorki i rudziki. A w tym roku zawisły kolejne – na nietoperze i jerzyki. Niby spoko, nic się nie dzieje. Ale siedzę sobie z moją koleżanką Ewą na tarasie i nagle moje oczy widzą szerszenia. Bombowiec jak trza. Książkowy. Mógłby od razu zapozować do jakiego podręcznika. No, ale patrzymy spokojnie, choć ciary po plecach idą moich i Ewy. I co widzimy? Wlatuje sobie ten szerszeń do budki dla jerzyków, znajdującej się pod samym dachem. Wlatuje, potem wylatuje i znika nad dachem. Mija parę minut i znów jest.

– Zobacz, szerszeń buduje nam gniazdo – mówię do Sławka z przerażeniem.

– Przestań panikować. Zmęczył się, to wleciał do budki. Odpocznie i wyleci.

No i odpoczął, wyleciał. Tak mu się jednak chata spodobała, że po chwili wrócił. Zmęczony musiał być jak cholera, że tak co chwilę tam odpoczywał.

– On buduje gniazdo! – mówię znów piskliwym głosem, bo widzę oczywiście zaraz cały rój dopadający mnie, Więcej >