Muszę chyba odczynić jakieś uroki. Ostatnio wszystko u nas pod górę. W dodatku nie taką zwyczajną, na której można na sankach zjechać, ale raczej taką, gdzie można uprawiać wspinaczkę wysokogórską. Nawet zaczęłam podejrzewać, że promieniujemy tym „pod górkę”.

Planowaliśmy spotkać się ze znajomymi, którzy w pobliżu nas są na wczasach. I co? I nasz kolega nie zdążył zobaczyć hotelu, a już złamał nogę (podczas wynoszenia walizek). A kysz! Mam nadzieję, że to nie od nas poleciał ten pech.

Babcia w szpitalu. W poniedziałek siedem godzin siedziałam z nią na SOR-ze. Okazało się, że jednak biodro złamane. Czekałyśmy długo, bo ortopedzi byli na bloku operacyjnym. Ja już świrowałam. A babcia wszystkich (kogo sięgnęła) wycałowała po rękach, a jak jej skończyły się pokłady dobroci, to krzyczała i histeryzowała. Kiedy wróciłam do domu, czułam, jakby mnie przepuszczono przez maszynkę do mięsa.

Lekarze mają podjąć decyzję o operowaniu jej biodra. Babcia naprawdę cierpi, bo ręka złamana, biodro złamane, nie ma jak się ruszyć. Ale jest w niej taka żądza życia, że patrzyłam na to wczoraj z lekkim przerażeniem. Wpadła w jakiś amok. Lekarz powiedział, że ma jeść, bo wtedy będzie miała siłę i będzie żyć, to babcia łapczywie wpychała kanapki do ust. Prosiłam, by jadła wolniej i Więcej >