Kiedyś pisałam, że uczę się angielskiego. Lepiej późno niż wcale, choć zdecydowanie lepiej byłoby zacząć wcześniej. Kiedy jednak rodzice namawiali mnie na naukę języka, ja wolałam tarzać się po macie z kumplami. Sztuki walki wydawały mi się atrakcyjniejsze. Nie, że żałuję, ale dzisiaj trochę czuję się jak kaleka.

Chodzę czwarty rok na kurs. Lubię te zajęcia, bo przy okazji towarzysko można się rozwinąć. Od tego roku jednak uczęszczam też na zajęcia indywidualne. Początkowo było to dla mnie krępujące, bo w grupie zawsze można się za kimś schować (choć z moją rozczochraną to raczej trudna sprawa), na indywidualnych nie bardzo. Face to face uczę się więc dodatkowo. Debila robię z siebie koncertowo, ale ostatnio odkryłam, że coraz większą przyjemność sprawia mi mówienie. Ciągle jest Kali jeść, Kali pić, ale chyba fajniej.

Ponadto oglądam bajki. Tak, to mój poziom.

Dostałam też na urodziny od mojego potencjalnego zięcia dwie książeczki po angielsku. Oczywiście są to bajki. Wiek odbiorcy to 9-10 lat, więc mniej więcej taki poziom prezentuję. Początkowo chciałam ambitnie. Wygrzebałam z półki w pokoju Jaja „Alicję w krainie czarów”. Poddałam się po pierwszym akapicie. Za trudne jak dla mnie, więc zeszłam na „trochę” niższy poziom. Mam jednak motywację.

Ostatnio jak mi Jajo opowiedziało o kontroli osobistej na Więcej >