W tym roku postanowiliśmy ze Sławkiem solidnie się przygotować do zimy. Po tej grypie, która nas dopadła w poprzednim sezonie, musimy zaopatrzyć się w odpowiednią broń. Skorzystaliśmy z doświadczeń poprzednich pokoleń i zmajstrowaliśmy syrop z mniszka lekarskiego, a syrop z pędów sosny jest w trakcie produkcji.

Babcia nie może przeżyć, że nie da rady pojechać z nami na łąkę i pomóc w zbieraniu kwiatów. Codziennie nam przypomina, że ciągle mamy za mało zapasów i powinniśmy jeszcze dozbierać mniszka, bo zaraz będzie za późno. Kiedy nalałam syrop w słoiczki, seniorka stwierdziła, że ma kaszel i potrzebuje taki jeden słoiczek. Wylizała też garnek, coby nic się nie zmarnowało.

Potem zabrała słoik miodku mniszkowego i zniknęła w swoim pokoju, bo przecież nagle dopadł ją kaszel i trzeba było się leczyć. Obiecała też, że będzie sobie go oszczędzać i spożyje tylko w razie choroby, po czym się rozkaszlała.

Syropu wyszło mi niewiele, zostały cztery słoiczki i przyznam, że musiałam je schować w piwnicy wysoko na szafce, bo nie dotrwałyby do zimy. Obiecałam jednak babci, że jeżeli będzie pogoda, to oczywiście jeszcze narwiemy.

Mam w planie zrobić jeszcze soki z kwiatów czarnego bzu. Dostałam w tamtym roku dwa słoiczki od Demirji (blogerki) i tak nam posmakowały, że musimy je Więcej >