Jajo przez ostatnie dni poopowiadało mi o swoim pobycie w Stanach. Zazdroszczę, że tyle zwiedziła. Nigdy nie przypuszczałam, że moje dziecko będzie taki owsik i nie usiedzi z dupką na miejscu, tylko będzie ganiać po świecie.

Pisałam wcześniej, że miało lot przełożony o dwa dni. To dopiero była przygoda życia, kiedy na lotnisku okazało się, że samolot poleci z dużym opóźnieniem, a Jajo miało w Niemczech przesiadkę i tylko 1,5 godziny na przejście z jednego do drugiego samolotu. Najdziwniejsze, że kazano Jaju czekać, nie chciano oddać bagażu ani przebukować samolotu, dopóki coś w systemie się nie zmieni. Powtarzano, że za chwilę, a chwile ciągnęły się w godzinach. Ponadto na lotnisku nie było nic napisane, ile opóźnienia i czy w ogóle samolot poleci. Wszystko ogłaszano przez megafon.

– To ja bym tam siedziała i płakała, bo niewiele bym rozumiała – mówię. I już oczyma wyobraźni widzę, jakby musieli mnie na tym lotnisku unieszkodliwić, bo pewnie panika by mnie dopadła i zmusiła do szaleństwa.

– Ja też ryczałam na całego – odpowiada Jajo i się śmieje. – Nie byłam w stanie opanować płaczu, ale znałam swoje prawa i wiedziałam, na co nie muszę się zgadzać. Najgorzej mieli ludzie nieznający języka. – Później tłumaczy, że każdy Więcej >