(Uwaga! Dzisiejszy wpis dla ludzi niewrażliwych na obrzydlistwa.)

Chyba muszę zostać w morskich klimatach. Nawet nie spodziewałam się, że kostka o zapachu bryzy morskiej będzie miała takie znaczenie w tym tygodniu. Nie dość, że pozwoliła poczuć się jak w hotelu klasy luks, to jeszcze była świetnym pretekstem do uśmiechu i kpiny.

Jednak okazuje się, że złośliwość przedmiotów martwych nie zna granic. I nawet nie wyobrażacie sobie, co taka kostka może zrobić.

Z wiadomych względów akcja musiała rozegrać się w toalecie. Zauważyłam, że wczoraj w babcinej łazience w muszli woda się zbiera i nie spływa.

– Babciu, co wrzuciłaś do toalety? – pytam. – Masz kibelek zapchany.

– Nic. Ja nic nie wrzuciłam, tylko kupę zrobiłam.

– No, ale to niemożliwe, żeby tak się zapchało.

– Ale ona twarda była – mówi, a ja zachowuję stoicki spokój. (Już prawie mistrzem jestem).

– Musiałaby być z kamienia – dopowiadam. A seniorka na mnie nagle wybałusza oczy i mówi:

– A sprawdź, czy kostka wisi.

Idę więc sprawdzić, ale już wiem, co zobaczę. Nie ma kostki w plastikowym koszyczku. Popłynęła w siną dal. Odbiła sobie za te złośliwości o bryzie morskiej. Zapragnęła wpaść do morza i przekonać się osobiście, jak tam jest. Dzwonię do Sławka, streszczam przebieg „kataklizmu”. Słyszę, że mam wsadzić Więcej >