Wróciłam. To był niezwykle pracowity czas. Poprowadziłam pięć godzin warsztatów z dzieciakami i młodzieżą, wygłosiłam przemówienie na konferencji poświęconej czytelnictwu i odbyłam dwa spotkania autorskie. Spotkałam koleżanki i kolegów, czytelniczki i czytelników, swoich byłych uczniów i uczennice (oraz ich dzieci). Było intensywnie i sporo emocji.

Wyciągnęłam wniosek: Stargard (ten szczeciński) to jednak wciąż moje miasto. Tyle ciepła, życzliwości, pozytywnej energii i wsparcia dostaję jednak najwięcej właśnie stamtąd. Na spotkanie przyszły tłumy ledwo mieszczące się w sali bibliotecznej. Byłam niezwykle wzruszona. A jadę w rodzinne strony zawsze z drżeniem w sercu, z lekką tremą i pytaniem, czy mnie jeszcze pamiętają, czy przyjdą. Ech… Sentymentalny się robi człowiek…

Ale kiedy człowiek naładowany energią wraca o drugiej w nocy do domu, a w drzwiach uderza go krzyk i lament, to natychmiast przypomina sobie o tym, kogo samego w czterech ścianach zostawił. I nie mam na myśli Babci. Nutuś na powitanie tak się darł, że w pierwszej chwili myślałam, że ktoś morduje mi kota. Nie wiem tylko, czy mnie opieprzał, czy żalił się, czy wyrażał radość, że wreszcie jestem.

– On cały czas leżał w waszej sypialni – opowiada babcia. Ja się śmieję, bo kot nie jest durny. Ostatnio Babcia pozamykała mu drzwi do wszystkich pokojów, więc Więcej >