Wczoraj wpadł mi w oko artykuł o otwartej niedawno w Paryżu restauracji dla nudystów. Podobno takie lokale są już w Londynie, w Tokio i na Teneryfie. Żeby zjeść obiad, trzeba być golasem. I tak od razu moja wyobraźnia pognała w siną dal.

No nie wiem, nie wiem, czy bym dała radę. Z drugiej jednak strony tak myślę, że gdybym musiała się rozbierać do golasa, by zjeść posiłek, to pewnie bym schudła w trymiga. Nie dałoby się jeść niczego oprócz sałaty ze świadomością, że wszyscy wokół widzą moje fałdki. A nie dałoby się ich ukryć papierową serwetką. I przyznam, że jakoś inne części ciała w mej wyobraźni zeszły na plan dalszy. Tylko oponki rzucały się w oczy. Resztę dałoby się ukryć chyba pod obrusem (o ile obrusy są na stoach).

W ogóle zastanawiam się nad praktyczną stroną takiego przedsięwzięcia. Można przyjść już na golasa opatulonym jedynie w płaszcz i wyskoczyć z niego w szatni. Tak chyba najwygodniej. Bo inaczej jak? Rozbierać się jak na basenie? No dobra, ale jeżeli takie miejsca powstają, to znaczy, że jest na nie zapotrzebowanie. Czyli już nie tylko „Chałupy welkome to”, już nie tylko plaża. Można rozebrać się dosłownie do rosołu, by zjeść rosół.

W Polsce oczywiście by to Więcej >