I stało się. Leniusiołek zagościł u nas na stałe, w dodatku sterroryzował całą rodzinę. Próbowaliśmy walczyć, ale chyba bezskutecznie. Nutuś poddał się całkowicie. My stawialiśmy lekki opór, ale i tak marnie to wyglądało.

Mnie dopadł w pierwszy dzień świąt. Chwycił za czuprynę i walnął na kanapę. Na szczęście był na tyle uprzejmy, że wetknął mi w łapę książkę, a jak widział, że kończę, to od razu podsunął następną. I tak przeleżałam. Raz tylko udało nam się z Mężusiem wymknąć na chwilę, bo Leniusiołek poszedł przyduszać na kanapie Jajo i Nutusia i pojechaliśmy do Gdańska na spacer nad brzegiem morza. A w sobotę, jak przyduszał Mężusia, to z Jajem uciekłyśmy zrobić sobie babskie pogaduchy (również w Gdańsku). Świeciło słońce, było mroźnie, ale przyjemnie i wydawać by się mogło, że jak wrócimy do domu, to Leniusiołka przegonimy w tri-miga, ale gdzie tam. Ledwo wszyscy usiedliśmy przed kominkiem, to dopadł nas, obłapił za nogi i nie pozwolił się ruszyć. I kiedy się ocknęłam, był już niedzielny wieczór. A wtedy błysk. Trzeba przechytrzyć Leniusiołka, by dostać się do biurka i coś naskrobać na dzisiaj. Patrzę więc, co Leniusiołek robi, a ten właśnie przymyka oko Mężusiowi, Nutusia już ululał. Próbuję więc ukradkiem wstać z fotela i Więcej >