W weekend udało mi się podgonić trochę zaległości. Nawet przy okazji zaliczyliśmy spacer po parku w Oliwie. Niestety pogoda nie dopisała, było dość chłodno, więc długo tak nie poczłapaliśmy.

Ale weekend okazał się ciekawy i pracowity. Ponadto miałam piękny sen. Z uśmiechem na gębie go sobie teraz wspominam. Śniło mi się, że lecę. Ot tak, siłą swych mięśni przedzieram się przez przestworza i nie wiedzieć dlaczego w zębach trzymam swoją książkę. Wiem, głupie to strasznie, ale chyba nie miałam wyjścia i musiałam ją w gębie „dzierżyć”, bo ręce zajęte były machaniem. Z durnowatym uśmiechem przemierzam przestworza. Lecę w górę, potem pikuję w dół, żeby znów się wznieść. W końcu siadam na puszystej chmurze, jakby wyjętej wprost z obrazu Rafaela. Siedzę tak. Książka dalej w gębie. Po cholerę, nie mam pojęcia, ale to sen. Jest  mi tak dobrze, że siedzę uchachana i bezmyślnie spoglądam w dół. Wyglądam pewnie jak pies z kością w paszczy. W dodatku kretyński uśmiech od ucha do ucha chyba już na stałe zostanie na mojej facjacie. I nagle chmura jakby się przerzedza, rozpływa. Nie wiem, co się dzieje, bo wpadam w panikę, rozkładam łapy i znów macham, ale jakoś tak ciężko idzie. I lecę w dół na złamanie Więcej >