Byliśmy ze Sławkiem w weekend w stolicy. Od czasu do czasu lubimy wyskoczyć do teatru. A ostatnio  zachwyca nas Nowy Teatr. Za każdym razem wracamy pełni wrażeń.

Tym razem byliśmy na „Sonacie widm” Strindberga w reż. Markusa Öhrna. I muszę przyznać, że dawno się tak nie rozczarowałam. Nie mogę napisać, że to był nieudany spektakl. We mnie jednak nie wzbudził zbyt wielu emocji, choć są tam sceny wstrętne, perwersyjne, a wręcz ohydne. Ponadto miałam wrażenie, że reżyser postanowił zagazować widownię. Maszyny do wytwarzania dymu pracowały chyba non stop. Był moment, kiedy myślałam, by wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. To chyba element spektaklu, który mi najbardziej przeszkadzał. Widoczność w pewnym momencie ograniczała się do kilku metrów.

Lubię teatralne eksperymenty, nawet bardzo, ale w tej sztuce miałam niedosyt, jakby jej potencjał nie został wykorzystany w należyty sposób. A w jaki? Nie wiem. Nie umiem tego określić.

Aktorzy grali w wielkich maskach (kulach), mieli zniekształcone głosy. (Aktor więc nie był tu najważniejszy.) Za to zwiększono rolę widzów. Mogliśmy w trakcie przedstawienia chodzić, oglądać sztukę z różnych perspektyw. Takie było przynajmniej założenie. Jednak niewiele osób zdecydowało się na to, by opuścić swoje miejsce i przejść na przykład na drugą stronę sali, tym bardziej że wszystkie szczegóły ukazywane Więcej >