Żyję! Akcja z szerszeniami zakończona (prawdopodobnie) sukcesem.

Działałam oczywiście zgodnie z opracowaną wcześniej strategią. Poczekałam, aż Sławek pojedzie do pracy, bo z pewnością kazałby mi się zaprzyjaźniać z szerszeniami i tłumaczyłby, że trzeba żyć w zgodzie z naturą. A ja miałam niecny plan pozbycia się owadów.

Wskoczyłam na rower. Pognałam do marketu. Odnalazłam półkę z gaśnicami. Chwyciłam jedną (przyznam, że kusiło mnie, by kupić też drugą na zapas i trzecią na zaś), zapłaciłam około dwunastu złotych. I tak uzbrojona wróciłam do domu. Akurat była dobra pogoda, bo nie wiało. Wiem, że powinnam poczekać do wieczora, bo wtedy podobno szerszenie są mniej aktywne. No, ale wiadomo, że nie usiedzę bezczynnie z nieodpaloną gaśnicą  tyle godzin.

Najgorsze było to, że nie miałam pojęcia, jak to ustrojstwo działa i czy faktycznie ma zasięg pięciu metrów. Na opakowaniu przecież można wypisać różne cudawianki. Kiedy tak stałam z gaśnicą w dłoni i wyrazem twarzy niczym Chuck Norris, zauważyłam osę. Szybki błysk w głowie. Trzeba narzędzie zbrodni wypróbować. Walnęłam w osę z dwóch metrów. Byłam ciekawa, czy ją to rozwścieczy i ruszy na mnie, czy padnie nieżywa. Musiałam oczywiście wiedzieć, jak może zachować się szerszeń i czy zdążę zeskoczyć z parapetu i zamknąć okno, kiedy przypuści na mnie atak.

Osa Więcej >