Nie miałam zamiaru dziś znów pisać o Żelaznym Szopie Praczu, ale w niedzielę pomyślałam, że ja jestem z innej planety i nie nadaję na tych samych falach co nasz domowy Szop Pracz. To był ciężki weekend. Seniorce się wydaje, że może biegać. Wczoraj chciała wyrzucać śmieci! A u nas, żeby dojść do pojemnika, trzeba pokonać schody i przejść przez taras, który jest niestety śliski. Okazało się jednak, że żadne argumenty nie trafiają.

„Lekarz jest dziecinny, rehabilitantka niespełna rozumu, my głupki, a ja oczywiście wiem najlepiej” (zacytowane za Żelaznym Szopem Praczem).

Do poradni ortopedycznej trzeba było zamawiać transport medyczny, bo przecież nie byłaby w stanie wsiąść do osobowego samochodu, ale do kościoła się wyrywa. Wymusza na nas, żeby ją zawieźć. Szantażuje. Ciągle powtarza, że jak nie zawieziemy, to ona chce do domu starców. Żadne tłumaczenia nie pomagają. A ma jeszcze miesiąc rehabilitacji. Sławek jej obiecał, że jak będzie całkiem zdrowa, to oczywiście ją zawiezie. Jak to Babcia zrozumiała? Że jedzie w przyszłą niedzielę. A nie wyobrażam sobie, by wsiadła i wysiadła z auta! Ponadto musi używać chodzika, ale ona gierojka i nie chce tego robić.

Przyznam, że są momenty, kiedy nie mam siły. Jak jej tłumaczę, że znów sobie coś zrobi, to się ze Więcej >