Znacie to uczucie, kiedy człowiek coś szyje i nagle spostrzega, że nie ma igły? Mnie w takich momentach od razu kołacze się w głowie wspomnienie ostrzeżeń mamy, że igła się wbija w ciało, a potem po nim w środku sobie wędruje, przedziurawiając wszystko, co się da, by dojść do serca. Jak już dojdzie, to wiadomo, kaplica.

Szyłam ostatnio leniusiołka, bo miałam wczoraj spotkanie z dziećmi. Siedziałam sobie na łóżku i składałam z przygotowanych wcześniej elementów mojego stworka. Nagle spostrzegłam, że nie mam igły, którą wcześniej chyba wbiłam w poduszkę, by ją widzieć. Ups! A zaraz Sławek tu będzie się kładł. Już widzę oczyma wyobraźni igłę wbitą w jego chudy zadek, a potem penetrującą jego wnętrza, by dotrzeć do serducha. Szukam więc. Znaleźć się musi, bo jak tu spać?

Wreszcie się udało, czarne myśli odgonione. Będziemy żyć.

A i tak mistrzami świata zostali wczoraj moi rodzice. Umówiłam mamę kilka tygodni wcześniej na wizytę do dobrego specjalisty w Trójmieście. Zadzwoniłam jeszcze w poniedziałek, by im przypomnieć, żeby mieli ze sobą wszystkie wyniki badań.

– Mamy wszystko przygotowane – zapewnił tata. – Ja nad tym panuję.

– No, tylko pamiętajcie, bo to ważne.

– Córka, przecież ja wiem, wszystko jest pod kontrolą.

Noo… i wczoraj przyjechali. Przed naszą furtką sobie przypomnieli, że jednak Więcej >