Ci, którzy mają konta na FB, wiedzą, co się u nas działo w weekend. Armagedon.

Pojechaliśmy w sobotę do Wrocławia po rzeczy Jaja. Mieliśmy w planie wrócić tego samego dnia wieczorem z powodu pracy Sławka. I chwała, że mieliśmy taki plan!

Kiedy byliśmy w drodze powrotnej, zadzwoniło Jajo z informacją, że Babcia się przewróciła i że wezwało pogotowie. Rozpłakało się w słuchawkę, bo stres był olbrzymi. Patrzyła, jak Babci ręka momentalnie robiła się jak siny balon i nic nie mogła poradzić. Ratownicy przyjechali bardzo szybko. Zapytali Jaja, czy jest w domu ktoś dorosły. Potem zabrali się za naszą seniorkę. Podejrzewali, że babcia ma złamane biodro. Zabrali ją więc na SOR. My dotarliśmy tam trzy i pół godziny później.

Gburowaty lekarz informował nas o stanie jej zdrowia. Ręka złamana tak, że powinna być operowana. Operacji jednak Babcia by nie przetrzymała (ma taką miażdżycę, zwapnione żyły, że nikt się nie podejmie operowania). Ręki też nie zagipsowano, założono chustę, dzisiaj mam kupić specjalne usztywnienie. Może się zrośnie. Może, bo w tym wieku różnie bywa. Na szczęście biodro całe.

I dziwna rzecz wydarzyła się na SOR-ze, bo opis ręki był dość szybko, a opis biodra po prawie siedmiu godzinach! Byłam wściekła. Skończyło się na tym, że po sześciu Więcej >